Tufahija - tradycyjny deser z jabłek i orzechów włoskich

tufahija1

Tufahija, czy­li goto­wa­ne w agdzie – słod­kim syro­pie jabł­ka wypeł­nio­ne orze­cha­mi i bitą śmie­ta­ną to jeden z naj­po­pu­lar­niej­szy­ch dese­rów w Bośni. Dostępny w więk­szo­ści cukier­ni, zarów­no tych tra­dy­cyj­ny­ch na sta­rów­ce w Sarajewie, jak i tych bar­dziej nowo­cze­sny­ch, w całym kra­ju. Deser nale­ży do kate­go­rii sło­dy­czy turec­ki­ch, któ­re sta­ły się nie­odzow­ną czę­ścią bośniac­kiej kuch­ni od cza­sów pano­wa­nia na jej tere­nie Turków osmań­ski­ch. Tufahija jest zna­na w całym regio­nie, ale w Bośni darzy się ją spe­cjal­nym uczu­ciem.

Tufahija jest pysz­na, o ile jest świe­ża, orze­chy wło­skie są naj­lep­szej jako­ści, a bita śmie­ta­na jest tłu­sta i praw­dzi­wa. Niestety w cukier­nia­ch czę­sto mamy do czy­nie­nia z prze­sło­dzo­nym (cecha aku­rat wszyst­ki­ch turec­ki­ch i orien­tal­ny­ch dese­rów) gąb­cza­stym jabł­kiem zala­nym ule­pem i wypeł­nio­nym naj­tań­szym sztucz­nym kre­mem, w któ­ry led­wo czuć orze­chy. Oczywiście cza­sem uda się tra­fić na dobrą.

Kiedyś tufa­hi­ję przy­nio­sła B. do pra­cy. I jak wszyst­ko, co wycho­dzi spod jej ręki, była boska. Wtedy pomy­śla­łam sobie, że ten deser sam w sobie jest genial­ny, a przy tym bar­dzo efek­tow­ny, choć prze­cież łatwy w wyko­na­niu. Jest też szyb­ki, wdzięcz­ny, ład­ny i przy mały­ch nakła­da­ch finan­so­wy­ch moż­na zro­bić wra­że­nie na gościa­ch, albo zaszpa­no­wać na domo­wej rand­ce. Wyjadanie słod­ki­ch orze­chów z środ­ka mięk­kie­go, soczy­ste­go słod­kie­go jabł­ka… Tufahija to jest food porn w bośniac­kim wyda­niu!

Zanim przej­dę do prze­pi­su, kil­ka uwag na temat bośniac­ki­ch dese­rów, o któ­ry­ch już kie­dyś wspo­mi­nia­łam. Nie jestem fan­ką słod­kie­go, choć z dru­giej stro­ny nie mogę bez nie­go żyć. Tortów nie zno­szę, z cia­st to tyl­ko ser­nik, szar­lot­ka i bisz­kop­ty, słod­kie tar­ty (np. ta lawendowo-figowa) jak naj­bar­dziej, cze­ko­la­da bez udziw­nień, naj­le­piej dese­ro­wa lub gorz­ka. Bośniackie dese­ry, słod­kie, pro­ste, opar­te na bia­łej mące, cukrze, kre­ma­ch nie nale­żą więc do moich ulu­bio­ny­ch. Słynna bli­skow­schod­nia  (turec­ka, bał­kań­ska, bośniac­ka…) bakla­va, tulum­by, czy­li bośniac­ki wariant sma­żo­ny­ch w głę­bo­kim tłusz­czy chur­ro­sów, kada­if – jak­by nie­ugo­to­wa­ny maka­ron zala­ny agdą. Właśnie, może to wszyst­ko przez tą nie­szczę­sną agdę w któ­rej pły­wa­ją wszyst­kie dese­ry. Agda to nie jest miód, jak wie­lu obco­kra­jow­ców podej­rze­wa. Agda to syrop goto­wa­ny w pro­por­cja­ch 1 na 1 wody i cukru. Litr wody i kilo­gram cukru. Sami przy­zna­cie, że to się nie może dobrze skoń­czyć. Desery po wypie­cze­niu lub przy­go­to­wa­niu zale­wa się gorą­cą lub zim­ną agdą i to wszyst­ko w niej pły­wa godzi­na­mi, a naj­le­piej całą noc, przed poda­niem. A panie w cukier­nia­ch jesz­cze pyta­ją czy wyło­wio­ną z syro­pu bal­ka­vę lub tulum­bę dodat­ko­wo polać na tale­rzy­ku agdą… I jak to wszyst­ko ma sma­ko­wać? Ulep i sło­dy­cz są tak domi­nu­ją­ce, że w bakla­vie led­wo czuć orze­chy, a tulum­ba czy hur­ma­ši­ca (rodzaj pie­czo­ne­go mokre­go bisz­kop­ta), róż­nią się jedy­nie wyglą­dem, bo w sma­ku wszyst­ko takie same…

tufahija4

Na szczę­ście w domu moż­na zro­bić ory­gi­nal­ne dese­ry po swo­je­mu, wydo­by­wa­jąc z nich ukry­ty smak. Na pierw­szy ogień, bo będą kolej­ne prze­pi­sy, idzie wła­śnie tufa­hi­ja. Przepisu nie zmie­nia­łam aż tak bar­dzo, ale dałam zde­cy­do­wa­nie mniej cukru, w dodat­ku bia­ły zastą­pi­łam kar­me­lo­wą w sma­ku deme­ra­rą, doda­łam cyna­mo­nu i wani­lii, bo prze­cież tak dosko­na­le pasu­ją do jabłek, a orze­cho­wy krem uszla­chet­ni­łam kwa­sko­wa­tą żura­wi­ną. I wyszło pie­kiel­nie dobre. Zrobiłam sześć por­cji i nie zdą­ży­łam następ­ne­go dnia zanie­ść do pra­cy, tak jak pla­no­wa­łam… To chy­ba o czymś świad­czy. Ponadto prze­pis jest taki, że nie trze­ba być na Bałkanach, żeby go zro­bić. Żadnych spe­cy­ficz­ny­ch i udziw­nio­ny­ch skład­ni­ków.

 

Przepis

6 słod­ki­ch jabłek (gatun­ki, któ­re nie roz­pad­ną się przy goto­wa­niu)

200 g mie­lo­ny­ch orze­chów wło­ski­ch

100 g suszo­nej żura­wi­ny

200 ml bitej śmie­ta­ny (moż­na zastą­pić wegań­ską śmie­ta­ną na bazie tłusz­czy roślin­ny­ch)

kora cyna­mo­nu lub cyna­mon w prosz­ku

laska wani­lii lub cukier wani­lio­wy

10 łyżek cukru trzci­no­we­go lub inne­go cukru (może być też ste­via albo ksy­li­tol – wte­dy pro­por­cje trze­ba dosto­so­wać tak, żeby odpo­wia­da­ły 10 łyż­kom cukru)

2 litry wody

Wydrążyć gniaz­da nasien­ne jabłek. Ja zaku­pi­łam spe­cjal­ny nożyk, bar­dzo uspraw­nia pra­cę, ale moż­na okro­ić zwy­kłym nożem i pomóc sobie łyżecz­ką. Dziura w każ­dym jabł­ku wła­śnie mniej wię­cej taka, żeby weszła łyżecz­ka do kawy. Dziury wydrą­żyć na wylot, krem orze­cho­wy jest zwar­ty, nie wypad­nie na dru­gą stro­nę.

Przygotować syrop. Do wody wsy­pać cukier, dodać laskę wani­lii i korę cyna­mo­nu (lub przy­pra­wy w prosz­ku – ilo­ść wedle uzna­nia), zago­to­wać wszyst­ko na dużym ogniu do roz­pusz­cze­nia cukru. Jabłka obrać ze skór­ki i zato­pić w gotu­ją­cym się syro­pie. Co pewien czas obra­cać za pomo­cą łyż­ki. Gotować ok. 10-15 minut, do momen­tu aż sta­ną się prze­zro­czy­ste. Czas goto­wa­nia zale­ży od jabłek. Ważne, żeby ich nie roz­go­to­wać.

Mielone orze­chy wymie­szać z bitą śmie­ta­ną i posie­ka­ną żura­wi­ną tak, żeby two­rzy­ły sztyw­ny krem.

Wyjąć jabł­ka i ostu­dzić. Nadziać kre­mem orze­cho­wym i przy­ozdo­bić śmie­ta­ną. Zalać pozo­sta­łym z goto­wa­nia syro­pem.

tufahija3

 

A może to?

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *