Oda do arbuza i przepis na sałatkę z serem travnickim 

IMG_0493

 

Bałkany to owo­co­wy i warzyw­ny raj. Długi i korzyst­ny okres wege­ta­cji, wciąż jesz­cze mało zin­du­stria­li­zo­wa­ne upra­wy, spo­ry wybór, wspa­nia­łe baza­ry zwa­ne pija­ce, przy­droż­ne sto­iska, małe skle­pi­ki z wysta­wio­ny­mi kil­ko­ma skrzyn­ka­mi.

Chociaż bra­ku­je mi bobu, lokal­ny­ch szpa­ra­gów (są tyl­ko impor­to­wa­ne z Włoch, zazwy­czaj już pod­wię­dłe), a tru­skaw­ki nie mają takie­go sma­ku jak te pol­skie, to zde­cy­do­wa­nie rekom­pen­su­ję sobie te bra­ki wspa­nia­ły­mi świe­ży­mi figa­mi, chru­pią­cy­mi wiel­ki­mi cze­re­śnia­mi, soczy­sty­mi melo­na­mi, dorod­ny­mi bakła­ża­na­mi, czy też świe­żym szpi­na­kiem.

No i arbu­za­mi. Przede wszyst­kim arbu­za­mi. Pałam do nich miło­ścią tak wiel­ką, jak one same. Z resz­tą arbu­zy kocha­ją tu wszy­scy. My w sezo­nie, któ­ry w zasa­dzie zaczy­na się już pod koniec czerw­ca i trwa do koń­ca dłu­gie­go lata, kupu­je­my arbu­zy prak­tycz­nie codzien­nie. Po wepchnię­ciu 10 kilo­we­go olbrzy­ma do bagaż­ni­ka, odczu­wam czy­stą rado­ść, bo wiem, że nie­za­leż­nie jak męczą­cy i upal­ny był to dzień, to już za kil­ka godzin, o zmierz­chu zasią­dzie­my z wiel­ką misą pokro­jo­ne­go w spo­re kost­ki i schło­dzo­ne­go arbu­za. A wte­dy wszyst­kie tro­ski sie odda­la­ją, a mnie z każ­dym jedzo­nym kawał­kiem wypeł­nia bło­ga rado­ść lata, nawet jeśli w mie­ście jest ono pie­kiel­ne, palą­ce, cięż­kie, ospa­łe, a biu­ro­we dni cią­gną się bez­koń­ca. Ten typ let­niej melan­cho­lii a nawet spe­cy­ficz­ne­go let­nie­go smut­ku jaki czę­sto odczu­wam w Sarajewie, dosko­na­le niwe­lu­je arbuz, bo odświe­ża, nawad­nia, sta­wia na nogi. K. zawsze strasz­nie się dzi­wi, że aż tak kocham arbu­zy, ale ja po pro­stu zro­zu­mia­łam czym jest dobry arbuz dopie­ro na Bałkanach. Teraz jak patrzę na te bla­de maleń­stwa dostęp­ne w Polsce, to jest mi tro­chę przy­kro. Nie wiem czy to kwe­stia gatun­ku, kra­ju pocho­dze­nia czy kli­ma­tu w jakim się spo­ży­wa  arbu­zy, ale z pew­no­ścią nie jest to to samo.

IMG_0473

Tutejsze egzem­pla­rze są gigan­tycz­ne. Ważą od kil­ku do kil­ku­na­stu kilo­gra­mów. Ja naj­bar­dziej lubię te ośmio- i dzie­się­cio­ki­lo­we. Arbuzowi mania­cy jaki­mi my jeste­śmy spo­koj­nie zja­da­ją takie­go olbrzy­ma w dwa dni. Cztery oso­by bez pro­ble­mu upo­ra­ją się z nim w jeden wie­czór. Jeśli dołą­czą dzie­ci, to 10 kilo arbu­za to wca­le nie tak dużo. Pozostaje nie­do­syt.

Arbuzy któ­re moż­na kupić na Bałkanach są impor­to­wa­ne z Turcji, Grecji. W poło­wie lip­ca moż­na już kupić lokal­ne bał­kań­skie arbu­zy, któ­re upra­wia­ne są w Macedonii, Serbii, Chorwacji, Hercegowinie. Warto wybie­rać wła­śnie te.

Kupowanie arbu­za to cała cere­mo­nia, rytu­ał. Z racji cię­ża­ru arbu­zy czę­sto sprze­da­ją, ale i kupu­ją męż­czyź­ni. Można kupić połów­kę lub ćwiart­kę (waży nawet kil­ka kil­ko­gra­mów!). Wtedy oglą­da­my struk­tu­rę miąż­szu, ilo­ść oraz rodzaj pestek. Najlepsze są te ciem­no różo­we, z deli­kat­ną kasz­ko­wa­tą struk­tu­rą, bez pęk­nięć wzdłuż. Pestki powin­ny być czar­ne, błysz­czą­ce, twar­de. Te z brą­zo­wy­mi lub bia­ły­mi pest­ka­mi są przej­rza­łe. Te z małą ilo­ścią pestek, bla­do­ró­żo­we są nie­doj­rza­łe.

Prawdziwa zaba­wa zaczy­na się dopie­ro w momen­cie kupo­wa­nia całe­go arbu­za. Chodzi się dooko­ła wiel­kiej ster­ty i puka. Dobry arbuz powi­nien wyda­wać głu­chy odgłos. Jak już się opu­ka, to bie­rze się go w ręce i poru­sza gigan­tem w górę i dół, waży się go w ręka­ch. W zasa­dzie cięż­ko powie­dzieć dla­cze­go, ale pew­nie po lata­ch takiej prak­ty­ki, ma się już intu­icję, któ­ra pod­po­wia­da, czy arbuz będzie dobry czy też nie. Niektórzy sprze­daw­cy, zwłasz­cza ci przy­droż­ni lub obwoź­ni, sprze­da­ją­cy arbu­zy na wiel­ki­ch stra­ga­na­ch, lub wpro­st z przy­cze­py, pew­ni swo­je­go towa­ru, pro­po­nu­ją tzw. „test kor­ka”. Polega on na tym, że wykra­ja się dłu­gim i ostrym nożem z całe­go arbu­za trój­ką­cik o wymia­ra­ch mniej wię­cej 3-4 cm i daje klien­to­wi na spró­bo­wa­nie. Przy oka­zji kor­ka moż­na okre­ślić kolej­ny bar­dzo waż­ny czyn­nik. Grubość skór­ki. Najlepiej jeśli jest cien­ka. Po degu­sta­cji, jeśli klient jest usa­tys­fak­cjo­no­wa­ny, odby­wa się waże­nie olbrzy­ma i sprze­daż. W Bośni kilo­gram arbu­za kosz­tu­je w czerw­cu nawet 1,5 KM (tro­chę mniej niż jed­no euro), a w szczy­cie sezo­nu jedy­nie 20 – 30 fenin­gów (kil­ka­na­ście euro­cen­tów). W Chorwacji i Czarnogórze nad morzem, w sezo­nie tury­stycz­nym, arbu­zy są oczy­wi­ście odpo­wied­nio droż­sze.

IMG_0483

Sposób jedze­nia. Jeśli jeste­śmy w ple­ne­rze, czy­li w ogro­dzie, na pik­ni­ku w góra­ch, nad morzem kroi się arbu­za naj­czę­ściej na ćwiart­ki i potem wzdłuż na dłu­gie pla­stry o gru­bo­ści kil­ku cen­ty­me­trów. Każdy bie­rze takie­go gigan­ta i zagry­za, a sok roz­kosz­nie ciek­nie po ręka­ch aż do łok­ci. Jeśli arbu­za jemy w domu, naj­po­pu­lar­niej­szy spo­sób to pokro­je­nie każ­de­go odcię­te­go pla­stra (bez skór­ki oczy­wi­ście) w kost­kę w bar­dzo dużym naczy­niu, cza­sa­mi są to nawet bla­chy pie­kar­ni­ka, bryt­fan­ny, ewen­tu­al­nie misy. Wtedy jemy arbu­za widel­cem lub ręko­ma, jeśli kawał­ki są więk­sze.

Chłodzenie. Bo żeby arbuz był dobry, a nawet zja­dli­wy, musi być odpo­wied­nio schło­dzo­ny. Najlepiej w zim­nym wart­kim poto­ku, w lodo­wa­tym jezio­rze (tych na Bałkanach nie bra­ku­je), względ­nie w morzu. W warun­ka­ch domo­wy­ch czę­sto cały arbuz jest kąpa­ny w wan­nie pod stru­mie­niem bie­żą­cej wody. Porzućcie wszel­kie uwa­gi o nie­eko­lo­gicz­no­ści tego spo­so­bu – raczej nie spo­tka­ją się ze zro­zu­mie­niem. W przy­pad­ku kup­na połów­ki lub ćwiart­ki pozo­sta­je tyl­ko lodów­ka. Ale arbuz z lodów­ki, szcze­gól­nie jeśli jest zbyt schło­dzo­ny, tra­ci zde­cy­do­wa­nie na walo­ra­ch sma­ko­wy­ch, a zamie­nia się w tre­ning szo­ko­wy dla zębów. Zmrożony arbuz nie roz­wi­ja w peł­ni swo­ich moż­li­wo­ści. Polecam schła­dzać go kil­ka godzin, bo po nocy spę­dzo­nej w lodów­ce, z pew­no­ścią przy­nie­sie chwi­lo­we uko­je­nie, ale nie będzie tak smacz­ny.

IMG_0449

Na koniec prze­pis na arbu­zo­wą sałat­kę. Słyszałam kil­ka razy o niej od zna­jo­my­ch, widzia­łam w Internecie róż­ne bał­kań­skie prze­pi­sy, ale nie oszu­kuj­my się, dla więk­szo­ści Bałkańczyków arbuz w takiej odsło­nie to eks­cen­trycz­na fana­be­ria, czę­sto pro­fa­na­cja. Mimo wszyst­ko, pole­cam ją, bo w let­nie upa­ły w połą­cze­niu z tra­vnic­kim serem i oliw­ka­mi sta­no­wi fan­ta­stycz­ny, sycą­cy, ale nadal lek­ki lun­ch.

  IMG_0558

Sałatka z arbu­zem i serem tra­vnic­kim

1/2  kilo pokro­jo­ne­go w kost­kę i wcze­śniej schło­dzo­ne­go

200 g sera owcze­go typu tra­vnic­ki, zla­ti­bor­ski; w Polsce typu bał­kań­skie­go

kil­ka  oli­wek typu kala­ma­ta lub czar­ny­ch

1 mała cebu­la cukro­wa pokro­jo­na w piór­ka

Kilkanaście porwa­ny­ch list­ków świe­żej fio­le­to­wej bazy­lii

 Sos:

2 łyż­ki tru­skaw­ko­we­go lub bal­sa­micz­ne­go octu

3 łyż­ki oli­wy z oli­wek z pierw­sze­go tło­cze­nia

szczyp­ta soli

świe­żo zmie­lo­ny kolo­ro­wy pie­prz

Wszystkie skład­ni­ki wymie­szać deli­kat­nie. Polać sosem, opró­szyć świe­żym pie­przem. Jeść od razu.

Jeśli nie macie dostę­pu do sera traw­nic­kie­go, może być inny ser owczy lub kro­wi, ale waż­ne żeby był wyra­zi­sty w sma­ku i nie miał kre­mo­wej struk­tu­ry (np. jak feta). Cebula musi być jak naj­ła­god­niej­sza w sma­ku, nie domi­nu­ją­ca. Najlepiej być czer­wo­na lub bia­ła cukro­wa. Oliwki jeśli nie kala­ma­ta to czar­ne, ale nie zie­lo­ne.

salatka arbuz

arbuz salata 2

I pamię­taj­cie, arbuz to obo­wiąz­ko­wy ele­ment let­ni­ch waka­cji na Bałkanach!

IMG_0602

A może to?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *