Restauracja Studeno Vrelo we wsi Umoljani

pita, ustipci, salatka, cover

W wyobraź­ni połącz­cie sobie Dolinę Muminków, hob­bic­kie Shire oraz kra­jo­bra­zy rodem ze Starej Baśni. Tak wła­śnie wyglą­da­ją oko­li­ce olim­pij­skiej góry Bjelašnica. Ten rejon jest zde­cy­do­wa­nie moim ulu­bio­nym kie­run­kiem week­en­do­wy­ch wycie­czek i to zarów­no typo­wo gór­ski­ch wędró­wek, jak i rekre­acyj­ny­ch spa­ce­rów, a jak się ostat­nio oka­za­ło, to tak­że świet­ne miej­sce do wypraw gastro­no­micz­ny­ch.

A wszyst­ko to oko­ło godzi­ny jaz­dy samo­cho­dem od mia­sta! W taki­ch momen­ta­ch sama sobie zazdrosz­czę, że tu miesz­kam. Generalnie góry w Bośni są prze­pięk­ne, cho­dzi­my po nich regu­lar­nie (spo­dzie­waj­cie się gór­ski­ch postów!), ale kanion rze­ki Rakitnicy i oko­licz­ne wsie mają wyjąt­ko­wo dobrą ener­gię, spe­cy­ficz­ną aurę i nawet tak skraj­nie racjo­nal­na oso­ba jak ja, czu­je się w tym miej­scu wpro­st magicz­nie.

Wśród wszyst­ki­ch miej­sc w tej oko­li­cy naj­więk­szą sła­wą cie­szy się Lukomir, naj­wy­żej poło­żo­na wieś w Bośni. O niej nie­ba­wem, a teraz zatrzy­ma­my się niżej, czy­li w Umoljani, miej­scu zde­cy­do­wa­nie łatwiej dostęp­nym, choć rów­nie cie­ka­wym. Usytuowana na 1353 metra­ch n.p.m. wieś Umoljani zamiesz­ka­na przez oko­ło 400 miesz­kań­ców jest bar­dzo sta­rym sie­dli­skiem, co widać po archi­tek­tu­rze, szcze­gól­nie mecze­tu, któ­ry jest jed­nym z naj­star­szy­ch tego typu obiek­tów na Bałkanach. Umoljani mają też swo­ją legen­dę o smo­ku, któ­ra roz­pa­la wyobraź­nię od lat. Na jej kan­wie powstał nie­daw­no dosko­na­ły krót­ki film ani­mo­wa­ny w reży­se­rii Ivana Ramadana. Nie jest dostęp­ny w cało­ści w sie­ci, ale sam zwia­stun odda­je kli­mat.

W dłuż­szej wer­sji tej histo­rii smok śpią­cy w kanio­nie Rakitnicy został obu­dzo­ny i roz­ju­szo­ny wie­lo­dnio­wym hała­sem, któ­ry czy­ni­li miesz­kań­cy wsi... impre­zu­jąc od rana do nocy. Jak znam Bośniaków, i ogól­nie Bałkańczyków, i ich zami­ło­wa­nie do róż­ne­go rodza­ju spę­dów w ple­ne­rze (ruszt, rożen, raki­ja i har­mosz­ka), wca­le nie­cięż­ko mi sobie wyobra­zić jak czuł się zbu­dzo­ny smok. W każ­dym razie, roze­źlo­ny gad zie­jąc ogniem ruszył w ich stro­nę z zamia­rem przy­wo­ła­nia impre­zo­wi­czów do porząd­ku. Na szczę­ście szyb­ko zorien­to­wa­li się co się świę­ci i zaczę­li się żar­li­wie modlić (bos. moli­ti – modlić się, pro­sić; umo­li­ti - upro­sić, stąd nazwa wsi Umoljani) dzię­ki cze­mu spe­try­fi­ko­wa­li smo­ka w ska­łę w pół dro­gi. Ślad jego ogo­na moż­na zoba­czyć w posta­ci malow­ni­czo wiją­ce­go się poto­ku w kanio­nie Rakitnicy. A ska­łę w kształ­cie smo­cze­go łba widać do dziś z per­spek­ty­wy wsi.

Umoljani dolina

W Umoljanach ist­nie­je kil­ka restau­ra­cji, któ­re ser­wu­ją tra­dy­cyj­ną kuch­nię bośniac­ką. I jak mówię tra­dy­cyj­ną, to mam na myśli wszyst­kie kla­sy­ki w mistrzow­skim wyko­na­niu lokal­ny­ch pań, któ­re w swo­im życiu wypie­kły tysią­ce pit, ugo­to­wa­ły set­ki garów zup oraz spra­wi­ły tony soczy­sty­ch mię­siw. W Sarajewie, nawet w tra­dy­cyj­ny­ch restau­ra­cja­ch na sta­rów­ce, gotu­ją raczej pro­fe­sjo­nal­ni kucha­rze czy też naj­czę­ściej kuchar­ki, a w Umoljanach kró­lu­ją lokal­ne domo­we pomarsz­czo­ne bogi­nie w chu­s­ta­ch na gło­wa­ch i tę róż­ni­cę czuć przy pierw­szym kęsie np. pity. Tak wła­śnie gotu­ją bośniac­kie bab­cie na wsia­ch i dla­te­go war­to poje­chać do Umoljani na głod­nia­ka.

Jakiejkolwiek restau­ra­cji byście nie wybra­li, będzie dobrze. Ale nam naj­bar­dziej do gustu przy­pa­dło miej­sce o nazwie Studeno Vrelo. Jest rela­tyw­nie nowe i być może dla­te­go ser­wu­je jedze­nie napraw­dę na naj­wyż­szym pozio­mie – oczy­wi­ście w kate­go­rii swoj­skie­go jadła, a nie restau­ra­cji z gwiazd­ką Michelin. Oprócz jedze­nia ma przy­jem­ny, etnicz­ny, ale nie skan­se­no­wy kli­mat. Zostaliśmy obsłu­że­ni przez prze­sym­pa­tycz­ną dziew­czy­nę, któ­ra wraz z mamą uwi­ja­ła się wokół gości i w płyn­nej angielsz­czyź­nie tłu­ma­czy­ła parze leci­wy­ch Francuzów, cze­go koniecz­nie powin­ni spró­bo­wać.

My jedli­śmy na zewną­trz, przy nakry­ty­ch swoj­skim kra­cia­stym obru­sem dłu­gi­ch ława­ch, ale war­to wej­ść do środ­ka i  zoba­czyć wystrój sta­rej bośniac­kiej cha­ty. Koniecznie zwróć­cie uwa­gę na tra­dy­cyj­ne sprzę­ty kuchen­ne! Jeśli będzie­cie mie­li szczę­ście, w małej cha­tyn­ce obok zoba­czy­cie bab­cię z okla­gią (dłu­gi kij do wyra­bia­nia cia­sta na pity) jak z nie­sa­mo­wi­tą zręcz­no­ścią i lek­ko­ścią zawi­ja cie­niu­sień­skie jak papier cia­sto na pitę i w mię­dzy­cza­sie doglą­da gotu­ją­ce­go się obok na żywym ogniu kocioł­ka z bośniac­kim gula­szem.

kawa tygielek

A teraz o menu. Jak to w Bośni, nie ma tu nie­spo­dzia­nek. Do wybo­ru są pity - wszyst­kie świe­że i robio­ne na bie­żą­co, więc trze­ba pytać co aktu­al­nie mają; tra­dy­cyj­ne zupy – gęsta cie­lę­ca i lżej­sza tzw. bego­va, czy­li zabie­la­ny krem warzyw­ny z kur­cza­kiem i suszo­ną okrą, czy­li piż­mia­nem jadal­nym. Są też nie­śmier­tel­ne wytraw­ne droż­dżo­we racusz­ki zwa­ne uštip­ci poda­wa­ne z bia­łym lokal­nym twa­roż­kiem. Jest to bośniac­ki hit śniadaniowo-lunchowy i tra­dy­cyj­ne bez­mię­sne danie, któ­re ratu­je wege­ta­rian na bał­kań­ski­ch waka­cja­ch.  Z cie­kaw­szy­ch przy­sta­wek jest topa – roz­pusz­czo­ny na patel­ni tłu­sty lokal­ny ser bia­ły zwa­ny kaj­ma­kiem (nie mylić z naszym słod­kim kre­mem!) z wbi­tym roz­beł­ta­nym jaj­kiem. Ten wąt­pli­wy jak dla mnie spe­cjał je się macza­jąc w nim kawał­ki pła­ski­ch chleb­ków somu­nów posy­pa­ny­ch czar­nusz­ką. Dla mnie śred­nia przy­jem­no­ść, ale znam ama­to­rów tego dania.

Z dań mię­sny­ch, zale­ży na co się tra­fi. Jest bosan­ski lonac, czy­li bośniac­ki kocio­łek zawie­ra­ją­cy woło­wi­nę, warzy­wa, w tym kapu­stę, ziem­nia­ki, goto­wa­ny godzi­na­mi nad ogniem. Osobiście bar­dzo go lubię. Przepis będzie. Jest też cie­lę­ci­na ispod sačа, czy­li kawał­ki mię­sa z ziem­nia­ka­mi pie­czo­ne­go pod wiel­ką mosięż­ną pokry­wą zawie­szo­ną nad ogniem. Mięso po kil­ku godzi­na­ch takie­go pie­cze­nia jest nie­zwy­kle soczy­ste, roz­pa­da­ją­ce się na włók­na i przy­po­mi­na pul­led pork, z tym że oczy­wi­ście w przy­pad­ku Bośni, z wia­do­my­ch wzglę­dów, nigdy nie jest to pork.

cielecina

My posta­wi­li­śmy na kla­sy­kę, czy­li racu­chy, pitę zelja­ni­cę - z serem i szpi­na­kiem, a K. zamó­wił oczy­wi­ście swo­ją ulu­bio­ną cie­lę­ci­nę. Do tego dwie sałat­ki mie­sza­ne (pomi­do­ry, ogór­ki, cie­niut­ko poszat­ko­wa­na kapu­sta). Niby pro­sta rze­cz, ale war­to nad­mie­nić, że cała doli­na pod Bjelašnicą ma fan­ta­stycz­ny kli­mat i nie­sa­mo­wi­cie uro­dzaj­ną i płod­ną zie­mię. W szczy­cie sezo­nu, lokal­ne warzy­wa sma­ku­ją nie­ziem­sko, więc nie war­to pomi­jać tego ele­men­tu.

ustipci

zeljanica

cielecina z ziemniakami

salatka mjesana

Po zło­że­niu zamó­wie­nia, pani kel­ner­ka zmar­twi­ła się czy zje­my to wszyst­ko, bo por­cje są napraw­dę słusz­ne (mia­ła rację!), ale uspo­ko­ili­śmy ją, że jeste­śmy głod­ni, a jeśli coś zosta­nie, to weź­mie­my reszt­ki ze sobą. Wtedy ode­tchnę­ła, ale i tak nie mogła się nadzi­wić, że bie­rze­my aż trzy dania na dwie oso­by.

Na deser oczy­wi­ście tra­dy­cyj­na, pięk­nie poda­na kawa w tygiel­ka­ch, z cukrem pudrem w kost­ka­ch oraz bośniac­kim rachat łukum, czy­li rahat lokum. Od pani kuchar­ki dosta­li­śmy w bonu­sie, czy­li na abso­lut­ne dobi­cie, tzw. jabu­ko­va­čę - słod­ką pitę z pra­żo­ny­mi jabł­ka­mi.

pita z jablkiem

Wszystko było bar­dzo dobre, a nawet wyśmie­ni­te. Mam nadzie­ję, że restau­ra­cja Studeno Vrelo zacho­wa poziom, bo mamy zamiar tam wró­cić. Zostało jesz­cze tyle do spró­bo­wa­nia.

Jeśli cho­dzi o sam kli­mat tego miej­sca, to nie wiem czy jest on do odda­nia sło­wa­mi. Ale spró­bu­ję.  Podczas uczty słu­chać było w tle tra­dy­cyj­ne sevda­lin­ki, rodzaj melan­cho­lij­ny­ch pie­śni, coś jak por­tu­gal­skie fado, a wię­cej niż poło­wa ław była zaję­ta. Między sto­ła­mi prze­cha­dza­ła się wiel­ka kura (!) żebrzą­ca niczym kot o jedze­nie. Podkarmiałam ją kawa­ła­mi pity, a ona patrzy­ła na mnie nawet inte­li­gent­nie. Jak na kurę. Obok nas sie­dzie­li wspo­mnia­ni już wcze­śniej Francuzi, w towa­rzy­stwie lokal­ne­go prze­wod­ni­ka pod sześć­dzie­siąt­kę w prze­po­co­nej koszu­li, któ­ry łama­nym angiel­skim starł się im opo­wie­dzieć o nie­zwy­kło­ści tego miej­sca. Ponieważ spo­ro kosz­to­wa­ło go budo­wa­nie wypo­wie­dzi w języ­ku obcym, rato­wał się kolej­ny­mi kie­lisz­ka­mi raki­ji. Z każ­dym łykiem alko­ho­lu jego mono­log sta­wał się coraz bar­dziej płyn­ny, choć miał coraz mniej­szy sens. Francuzi kiwa­li gło­wa­mi ze zro­zu­mie­niem i robi­li dużo zdjęć.

W pew­nym momen­cie poja­wił się star­szy szczu­pły pan, z twa­rzą tak prze­ora­ną zmarszcz­ka­mi i pociem­nia­łą od słoń­ca, że przy­po­mi­na­ła zie­mię, któ­rą z pew­no­ścią upra­wiał i orał przez lata. Okazało się, że jest to wła­ści­ciel. Z prze­wod­ni­kiem już się zna­li wcze­śniej, więc wda­li się od razu dys­ku­sję o sta­ry­ch cza­sa­ch, a zigno­ro­wa­ni kom­plet­nie Francuzi nie­mo przy­słu­chi­wa­li się roz­mo­wie, któ­ra w zasa­dzie była tak gło­śna, że przy­cią­gnę­ła uwa­gę wszyst­ki­ch gości. Pan wła­ści­ciel przy­znał otwar­cie, że sła­bo się dziś czu­je, bo strasz­ny upał, a jemu doku­cza ser­ce regu­lo­wa­ne nie­daw­no wsz­cze­pio­ny­mi baj­pa­sa­mi. Po restau­ra­cji prze­bie­gło cmo­ka­nie mają­ce wyra­żać współ­czu­cie. Wszyscy się zmar­twi­li­śmy. W koń­cu beł­kot prze­wod­ni­ka spra­wił, że pan posta­no­wił prze­rwać już tę kon­wer­sa­cję i ogło­sił, że uda­je się na pię­ter­ko w celu zmie­rze­nia sobie ciśnie­nia. To zelek­try­zo­wa­ło pod­pi­te­go jego­mo­ścia, któ­ry po serii pytań tech­nicz­ny­ch doty­czą­cy­ch apa­ra­tu i usta­le­niu, że nie jest cyfro­wy, lecz na tra­dy­cyj­ną pomp­kę, zażą­dał ofi­cjal­ny­ch pomia­rów.

Co na to pan? Ochoczo wspiął się po stro­my­ch scho­da­ch, przy­nió­sł apa­rat i roz­po­czął, ku total­ne­mu zdzi­wie­niu nic nie rozu­mie­ją­cy­ch Francuzów, pomia­ry. Niestety szu­mią­ca w żyła­ch raki­ja pacjen­ta spra­wi­ła, że pierw­szy pomiar był bar­dziej niż nie­za­do­wa­la­ją­cy. Pan miał ciśnie­nie pew­nie z 200 na 120. Gdyby nie był Bośniakiem, to pew­nie mógł­by już nie żyć. Natychmiast w cha­rak­te­rze dorad­ców zaczę­li wystę­po­wać zgro­ma­dze­ni goście, radzi­li, żeby pod­nió­sł rękę, żeby wypił szklan­kę wody, lub zmniej­szył ilo­ść zama­wia­ny­ch kie­lisz­ków.

My w tym cza­sie zapła­ci­li­śmy za rachu­nek (cał­kiem nie­wiel­ki, bo ok 30KM czy­li 15 euro) i zbie­ra­li­śmy się powo­li do wyj­ścia.  Ostatecznie nie wiem, jaka była dia­gno­za i jak to się wszyst­ko poto­czy­ło, ale śmiem twier­dzić, że prze­wod­nik nie był ostat­nią oso­bą w restau­ra­cji, któ­rej pan wła­ści­ciel zmie­rzył ciśnie­nie.

 

A może to?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *